Nareszcie wiosna! Długo wyczekana, ukochana przeze mnie najprawdziwszą miłością. Grzechem byłoby w takie ciepłe dni siedzieć w domu, więc korzystam. Choćby kawa na balkonie z rańca, gdy młoda chrapie słodko. Choć o 6 rano przez ciało przechodzą jeszcze dreszcze i szlafrok nie pomaga, to jednak miło popatrzeć na to błękitne i bezchmurne niebo. Bez wątpienia zaczęła się wiosna, kto jak kto, ale ja się na tym znam! I aż żyć się chce w takie dni!

     Właśnie. Się chce… A ja już dostaję białej gorączki, bo oczywiście nie mam co na siebie włożyć, więc żegnaj beztrosko! Czas pomyśleć o czymś na tyłek. Zaraz, zaraz, jest przecież ten piękny płaszcz, na który wydałam niemałą sumkę. Oczywiście Wielkiemu K się nie przyznałam, machnęłam mu tylko paragonem za jakiś łaszek od Chińczyka… Uwierzył? Chyba tak, bo jeszcze żyję. Latam po chałupie w poszukiwaniu taboretu, żeby wyciągnąć z pawlacza to cudo. Mam! Zadowolona z siebie wdrapuję się i trzymam go w ręku. Piękny, czerwony… Zakładam… ups… zmalałam? Dwa miesiące męki, żeby dopinał sie w cyckach, a on wisi teraz na mnie jak na wieszaku. Nie kryję satysfakcji, że tak pięknie udało mi się schudnąć, ale co z tego? Nadal do groma nie mam w czym chodzić! No tak… rasowa baba, zawsze niezadowolona (jak mawia mój Wielki K).

     Obmyślam plan zakupów, których szczerze nienawidzę. Wiem, jestem kobietą, a ten gatunek lubuje się w wydawaniu kasy w sieciówkach. Ja nie! Szlag mnie jasny trafia, gdy mam sobie kupić cokolwiek. No ale, jak to mawiał jeden z naszych polityków: „nie chcem, ale muszem”, więc trzeba stawić czoła zakupowym szaleństwom. Zresztą buty jakieś też by mi się przydały, najlepiej na płaskim, bo jak w szpilkach biegać za zasmarkanym półtoraroczniakiem?

     Wielki K wrócił z pracy. Podaję obiad i czekam na dobry moment. Mój ślubny zawsze dostaje febry, gdy mówię o wydatkach, no ale jak chce mieć ładną żonę, to niech się dołoży do interesu, bo wszystkiego ze swoich zaskórniaków kupować nie mam zamiaru. Wystarczy, że Marudzie co i rusz, to sukienka, to buciki (no bo jak się opanować, gdy wokoło tyle pięknych ciuszków dla małych bąbli? No nie da się!) I właśnie tak zwykle jest, że idę po bluzkę, a wracam z dresikiem w kolorze różowym, wartym dwie moje bluzki. Koszmar! Zaczynam dyskusję. Najpierw, mówię coś że schudłam, a Wielki K kiwa głową nad schabowym, powoli przeżuwając i chwaląc moją kuchnię (spróbowałby nie chwalić, to sam by sobie gotował). Mówię, że wiosna przecież i że ten płaszczyk, co przed ciążą kupiłam, wisi jak na wieszaku, a on dalej przytakuje. Myślę, kiego groma? Przecież mnie w nim nie widział, więc skąd wie, że mówię prawdę?? A kiwa z przekonaniem takim, jakbym stała przed nim w tym płaszczu. Acha! On mnie w ogóle nie słucha, więc teraz albo nigdy! Walę prosto z mostu: „Dasz mi swoją kartę? Bo potrzebuję trochę kasy na zakupy. Płaszcz bym sobie kupiła i buty jakieś. Może ze dwie tuniczki do tych nowych spodni rurek. Co ty na to?” „Tak, tak…” – słyszę i błogi uśmiech rozjaśnia mi twarz, bo mam pozwolenie i nie tylko na płaszcz, ale także parę innych drobiazgów.



     Rozanielona chwytam telefon i dzwonię do Kaśki, mojej funfelki najukochańszej, bez której zakupy po prostu są niemożliwe. Umawiamy sie na sobotę… sobotę… Boże, czyli na jutro! Siadam na allegro, szperam, żeby zobaczyć, co się teraz nosi. Wielki K nadal nie odrywa się od talerza, prosi o colę. Nalewam, prawie nie odrywając nosa od monitora. Zapoznawszy sie z najnowszymi trendami mody, zasypiam niemal z uśmiechem na twarzy i normalnie nie mogę się już tego jutra doczekać. Nie wiem czy bardziej cieszy mnie spotkanie z Kaśką, czy zakupy? Ale tak czy siak, obiecuję sobie, że nie dam się! Obkupię się na cacy, koniec i kropka.

     6 rano, budzi mnie mój mały potworek. Dlaczego ona nigdy nie zawoła tata?? Tylko mama i mama. Proszę ślubnego, żeby do niej poszedł, a ten mi tutaj wyskakuje, że przecież mamę woła. I już mi humor zepsuł, od samego rana. A miało być tak pięknie! „Mama, mama” – staje się coraz bardziej natrętne. Idę półprzytomna i widzę, że już koniec spania. Młoda siedzi w łóżeczku rozebrana i ufajdana we własnej kupie. Ręce mi opadają normalnie i płakać mi się chce, bo ktoś to przecież posprzątać musi. A kto jak nie mama? Przecież mamę wołała, cholera jasna psia krew! Wołam tatusia, śpi, nie reaguje. Nachodzi mnie nieodparta pokusa, żeby zanieść mu te ufajdane w odchodach pościele. Normalnie powstrzymuję się w ostatniej chwili. Ciuchy namaczam w misce, młodą wsadzam do wanny i mimo jej protestów myję prysznicem. Nie będzie mnie tutaj terroryzowała swoim kąpu kąpu, bo tyłek moczyć to ona sobie może, ale wieczorem. W drzwiach staje mój ślubny znajomy, wyraźnie niezadowolony z zaistniałej sytuacji i coś mamrocze, że go obudziłam. Ja! Ja go obudziłam!? Gryzę się w język w ostatnim momencie, bo nie chcę kłótni od rana. I tak dzień z takim pięknym początkiem, przesrany będzie jak nic.


     Zaraz po skończonym śniadaniu, biegnę do łazienki wytapetować się i doprowadzić do stanu używalności. Kąpiel nie wchodzi w grę oczywiście, bo zaraz ma być Kaśka, a Młoda mi jeszcze piekło zgotowała, spadając z fotela i przez całe pół godziny nie dała się wysiedlić z kolan. Siedziałam więc z marudą na kolanach, patrząc jak minuty na zegarku uciekają w zawrotnym tempie. Szkoda, że ten czas tak szybko nie leci jak małej wychodzą zęby i jest nie do zniesienia. Wtedy to się dopiero dzień wlecze, aż mam wrażenie, że wieczór nie nastanie nigdy. Za to jej dwugodzinna drzemka, zleci jak z bicza strzelił i ledwo co dam radę obrać pyry na obiad. Jak to jest z tym czasem?? Gdy moje kolana zaczynają już Młodą w tyłek parzyć, biegnę do łazienki. Wielki K zagląda, uchylając drzwi z pytaniem, czy się gdzieś wybieram. Wiedziałam! Wiedziałam, że wczoraj mnie nie słuchał. Facet! Mówię więc spokojnie, ale z małym żalem, że przecież rozmawialiśmy o tym przy wczorajszym obiedzie, że dzisiaj jadę na zakupy i takie tam różne, że mnie nie słucha itp. Zły, rzuca krótkie „acha“ i już za chwilę słyszę jak razem z Młodą łobuzują w pokoju. Nie mam wyrzutów sumienia, że tak go potraktowałam. No może jakieś malutkie, ale naprawdę tyci tyci. Może nauczy się słuchać, w co wątpię, bo to przecież facet, a dla takich słuchanie jest sztuką, której oni nie preferują.

     Maluję oko i już jestem piękna, ha! Całuję Młodą i mówię, że mama niedługo wróci i że ma zostać z tatą. Ta w ryk, że ona też papa… Boże, nie wyjdę dzisiaj! Oddaję wyjącą ślubnemu, robię papa i lecę. No tak, cofnąć się muszę, przecież nie dałam cmoka tatuśkowi. Wracam i cmokam małża w nochal. Rzucam szybkie „kocham was” i lecę z mojego czwartego piętra, bo Kacha już strzałki puszcza, że czeka za długo. Na dole wita mnie przyjaciółka z wyraźną radością w oczach.

Strony: 1 2

tags, ,

  • Forum
  • Bright Starts
  • Stacyjkowo
  • Twórcze zabawy