Że szalona jestem, nikogo przekonywać nie muszę. Kto mnie zna, nie zaprzeczy, a kto czyta, pewnie się już domyślił. „Normalnego” męża też nie mam, zanudziłabym się na bank. Oboje wariaci lubiący dziwne przygody, przy czym mój małż jest z tych, co jak się dodatkowo zmęczą na maksiora to zadowoleni są jak dzieci. Nieczęsto mu się na takie męczenie materiału udaje wyrwać z domu (tak wiem, wiedźma ze mnie, ale od tego pamiętnego weekendu będzie miał łatwiej).

   Od jakiegoś czasu mój małż oraz jego brat z żoną (cała trójka zapaleńców biegowych) przypuszczała szturm na mą osobę, cobym się przekonała, jak to fajnie jest na rajdach i tzw. setkach (bieg na 100km w określonym limicie czasu, chyba 30 godzin max) jak wesoło, miło, fajni ludzie, prosta nawigacja (ja z tych co mapy oglądają w Empiku i to z okładki jedynie), że fajne tereny, widoki, a dziadkowie z obecności Młodej się ucieszą. I tak mi wiercili w trójkę (choć nie jednocześnie) dziurę w mózgu, że w tym amoku „fajności” sama zgłosiłam siebie i męża na ten wypoczynkowy weekend, nie wiedząc, na co się piszę.

   Impreza pod nazwą Brugi Winter Trophy w Zawoi. Miało być hasanie po lasach, górkach, dolinach na rakietach śnieżnych, których na nogach też w życiu nie miałam. Skoro nas zgłosiłam, to teraz nie ma wyjścia, trzeba nas spakować, oddać dziewczę do dziadków i jechać w góry. Po drodze okazało się, że Tomek i Beti się pochorowali więc oczywistym jest, że ich nie będzie, a więc i moje mentalne wsparcie mnie opuściło. Rakiet na rajdzie też nie będzie, bo śnieg się ulotnił. Czeka mnie więc kilka godzin marszu w adidasach po górach. O bieganiu można zapomnieć, nie jadę się ścigać, ani zdobywać miejsca. Chcę zobaczyć na czym polega idea takiej imprezy i z czym to się je. Holować też się nie zamierzam dać (czyli ciągnąć przez partnera na kawałku liny, co słabszemu z drużyny ułatwia bieg). Chcę zobaczyć, ile ja sama jestem w stanie przejść, ile potrafię sama. Może poza nawigacją, tę zostawiam mężowi, bo inaczej szłabym jak Indianin – po śladach.

   Rajdy jako takie znam z harcerstwa, ale były to imprezy jednodniowe, szło się w kilka osób, a odnalazłszy punkt, miało się do zrealizowania zazwyczaj jakieś głupkowate zadanie typu zrobić jajecznicę na środku drogi. Ten rajd to już nie przelewki, nie ma zadań, są punkty do zaliczenia. Idzie się w parach i jest określony limit czasu, a za każdą minutę spóźnienia i nie zaliczenie punktu – kary czasowe. Kosmos! Ale nie ważne, jadę przecież zobaczyć, jak to jest. Co mnie tam kary… Przecież zasady są po to, żeby je łamać, nie?

   W piątek popołudniu odstawiamy Ann do moich rodziców, a sami wyruszamy do Zawoi. Jest wieczór. Mamy czas start dopiero w sobotę rano. Nie wiedziałam, czego się spodziewać, jak przyjmą mnie inni napieracze, którzy startują długo. Ale po rajdzie mogę powiedzieć, że poznałam fantastycznych ludzi z pasją. Dla niektórych pewnie pasją szaloną, ale nie ważne. Wbrew pozorom wiele drużyn to pary, małżeństwa. Chociażby my, a wyjątkiem na pewno nie byliśmy.

   Bardzo spodobało mi się pewne małżeństwo. Moja imienniczka Magda i Krzysiek z teamu RaidLight napieraj.pl. Pasję mają w oczach. Lepiej! Oni całe swoje życie mają podporządkowane rajdom, biegom i treningom. Mają swoją stronę internetową www.napieraj.pl, możecie o nich poczytać. Każdy robi to, co lubi, a jak jeszcze można mieć wspólne hobby… Czemu nie? U nas to nie zadziała. Małż nie ma na co liczyć. Za leniwa jestem. No i problemem jest logistyka – co zrobić z Młodą.

   Ale, ale… zapędziłam się. Jesteśmy w schronisku. Na odwagę wypijam mocną kawę z mlekiem. Dzięki bogu nikt nie nabija się z mojej pseudo kawy. Nie zabieram kompa, żeby nie wyjść na uzależnioną od neta i niespodzianka – jesteśmy chyba jedynymi, którzy nie zabrali nic, co łączyło by ich z siecią. Sobotni poranek. Śniadanie, pakowanie rzeczy na trasę, ubrać się i w drogę.

   Dziesięć minut przed startem wszystkie ekipy dostają mapy. Czuć rosnące napięcie. Aż się boję, co będzie, jak wybuchnie. Niektórzy spinają się chyba za bardzo (pewien lek na s., znane antidotum na biegunkę pewnie by pomogło). Wymyślamy z mężem, że idziemy tu i tu, a potem… a potem zobaczymy, czy będę w stanie funkcjonować.

   Start! Ruszamy. Część ekip w lewo, cześć w prawo, a kilka na wprost, napierają przez płoty. My niespiesznie idziemy. Biegać nie zamierzam, noł łej! Szukamy pierwszego punktu. Mąż prowadzi mnie na skróty, ale (uff!) dało radę. Pierwszy punkt jest, później kolejny, przez las na krechę. Zaczyna się moja irytacja. Gdzie, do jasnej cholery, szlaki?! Oświeca mnie małżonek. Na tego typu rajdach punkty rozmieszcza się tak, by jak najmniej poruszać się po szlakach, a jak najwięcej nawigować i szukać optymalnego wariantu, patrząc na mapę. Czyli coś, czego nie umiem przecież. Suniemy dalej. Idę coraz wolniej i coraz bardziej zaczynam się irytować. Dlaczego znowu pod górkę? Ale czemu to, czemu siamto. Mąż wytrzymuje wszystko na luzie. Chyba sobie łyknął jakiegoś procha na uspokojenie, bo jest wręcz oazą spokoju. Z dziesięciu punktów zaliczamy AŻ siedem. Do bazy przychodzimy z piętnastominutowym opóźnieniem. Naliczają nam karę, jakąś mega dużą, ale co tam.

Strony: 1 2

tags, ,

  • Forum
  • Bright Starts
  • Stacyjkowo
  • Twórcze zabawy