Zastanawialiście się kiedyś, czemu nieszczęścia chodzą parami? Może w pojedynkę im smutno? Zawsze to raźniej w towarzystwie. Ja nawet śmiem twierdzić, że one nie parami chodzą, a grupami. Ba! Stadami całymi! Snują się niczym studenci przed sesją i zbijają w grupki, jak prawdziwi Polacy pod krzyżem.

     Czasem jest tak, że wstajemy z łóżka i od razu wiemy, że to właśnie TEN dzień. Dzień paskudny, chichoczący i zacierający łapska z radości na samą myśl o spierniczeniu nam życia. Dzisiaj miałam taki właśnie dzień.

     Rano pognałam z Psem na spacerek – za drzwiami powitała mnie wczesna wiosna, zacinająca drobnym, lodowatym deszczem i szarpiąca mnie za kurtkę szponami paskudnej wichury. Nic to, iść trzeba. Posnułam się po łące niczym upiór, a kiedy uznałam, że Pies już załatwił (dosłownie) swoje sprawy, zapięłam go na smycz. Im bliżej byliśmy domu, tym silniej czułam jakiś podejrzany zapaszek. Gdzieś w zakamarkach głowy rodziło się pewne podejrzenie, ale zepchnęłam je brutalnie w czarną otchłań i wmawiałam sobie, że mi się wydaje. Nic z tego. Na klatce schodowej, gdy wichura nie rozwiewała już osobliwego zapaszku, rzucił się on na mnie z siłą lokomotywy. Zapaszek, nie Pies.

     Nie można go pomylić z niczym innym. Padlina. Pies uradowany, że się tak wyperfumował siedział i ziajał radośnie. Ziajał i śmierdział. Uświadomiwszy sobie, że zaraz po odprowadzeniu Zołzy do przedszkola muszę jechać do Reala, zostawiłam Gamonia na klatce schodowej, żeby przemyślał swoje zachowanie. I żeby nie zasmrodził mi mieszkania. Kąpiel odłożyłam na bliżej nieokreślone „później”.

     Następnie obudziłam moje kwękające dziecko (no kto to widział wstawać o 8.00 rano), zapytałam – dość niefrasobliwie – co zje, wykluczyłam 15 potraw, które wymieniła, w tym „pełnowartościowe śniadanie” z reklamy i postanowiłam zrobić jej jajeczko. Zołza ogłosiła strajk głodowy. Po 20 minutach, na 10 minut przed wyjściem, pyta mnie, gdzie to jajko. Policzyłam do 5 (do 10 nie miałam czasu liczyć) i usmażyłam jej śniadanie. Przełknęła dwa kęsy, po czym stwierdziła, że już się najadła.


     Z nieskrywaną ulgą odprowadziłam ją do przedszkola. Ciekawa jestem, kto wymyślił tę instytucję. Chętnie wycałowałabym go po rękach, a nawet po stopach.
[Pierwsze przedszkole założył Friedlirch Froebel, który od 1852r spoczywa na cmentarzu w Schweina w Niemczech – przypis Redakcji]

     Pognałam na autobus. W Realu miałam zamiar zakupić łososia w korzystnej cenie dnia – 16zł za kilogram. Dotarłam do sklepu o 9:10, czyli 10 minut po otwarciu. Stanęłam na końcu kolejki, a jej długość oraz stan wrzenia przypominał mi nieco moje dzieciństwo, które upłynęło w dwubarwnych latach komuny. Stanęłam i grzecznie czekałam na swoją rybkę. O 9:35, kiedy przede mną stały już tylko dwie osoby, pani sprzedawczyni ogłosiła, że ryb brakło. Definitywnie i nieodwołalnie. Skojarzenia z komuną były bliższe prawdzie, niż mi się wydawało.

     Otrząśnięcie się z szoku zabrało mi jakieś 3 minuty, które z kolei spowodowały, że autobus o 9:40 oddalił się majestatycznie z przystanku… beze mnie.

     Policzyłam do 20. Następny za 30 minut. Pomyślałam, że przecież nie będę tak tu stać i liczyć. Pójdę na tramwaj. Przełykając łzy rozczarowania i ślinę, po obejściu się smakiem (łosoś), podreptałam dzielnie w stronę przystanku tramwajowego. Po drodze minęło mnie trzech sympatycznie wyglądających nastolatków, z których jeden zawołał do mnie kulturalnie: „Dasz dupy?” Na jego nieszczęście, naładowana adrenaliną po nieudanej akcji „łosoś” oraz z fizjonomią nastolatki, ale charakterem starej, wrednej baby, odwróciłam się i powiedziałam mu kilka „miłych” słów. Nie powtórzę, co mówiłam, bo wstyd. Moja tyrada była dość głośna, okraszona soczystymi epitetami i raczej jednoznaczna w wymowie. Idąca koło mnie starsza pani popłakała się ze śmiechu, a niedoszły amant-romantyk oddalił się świńskim truchtem.

     Tramwaj oczywiście odjechał. Wróciłam więc na autobus i grzecznie czekałam. Postanowiłam wykorzystać ten czas na odzyskanie równowagi i wmówienie sobie, że ten dzień wcale się tak źle nie zaczął. Przecież zamiast jechać do domu, mogę od razu podjechać autobusem na targ. Zrobię sobie zakupy, wśród których główną pozycją miała być kiszona kapusta od Pani Marioli. Dostałam zamówienie na 200 pierogów z grzybkami i kapustą, a tylko kapusta Pani Marioli spełnia moje wygórowane wymagania smakowe. Nieco podbudowana na duchu wsiadłam w autobus i pojechałam na targ, gdzie okazało się…, że Pani Mariola dzisiaj nie przyjechała. Postałam chwilę pod zamkniętą budką, w nadziei, że się ona magicznie dla mnie otworzy i wyskoczy z niej Pani Mariola, wołając radośnie: „Niespodzianka!” Nic z tego. Przemoknięta, przemarznięta, bez łososia i kapusty człapałam do domu. Po drodze dostałam SMSem zamówienie na kolejną partię pierogów. Świetnie! Chyba zacznę tą kapustę kisić osobiście.


     W domu, a raczej na klatce schodowej, powitał mnie radośnie cuchnący Pies. Wyprawszy cuchnącego psa, wyszorowałam równie cuchnącą klatkę schodową, następnie cuchnącą łazienkę i na końcu siebie. Cuch zaparł się zadnimi łapami i za nic w świecie nie chciał mnie opuścić. Wygrzebałam jakieś stare perfumy i spsikałam, co się dało. Wyszło mi coś na kształt francuskiego „L’Odore”.

     Kiedy zorientowałam się, że przepychanka z padlinim smrodem zajęła mi zdecydowanie za dużo czasu, pognałam po Zołzę. W szatni mamusie podejrzanie pociągały nosem, ale udawałam, że nie widzę, że to nie ja, że mnie też śmierdzi, więc pociągałam razem z nimi. Niestety plan pokrzyżowało mi moje dziecko, które bynajmniej nie dyskretnie zapytało: „Mamo, co tak śmierdzisz?” W drodze powrotnej zastanawiałam się, czy w połowie marca jest szansa na zmianę przedszkola.

     W domu Pies nas radośnie nie powitał. Spał smacznie w małżeńskim, a raczej w niemałżeńskim łóżku, które zazwyczaj dzielę z niemężem, czasami z dzieckiem (choć już rzadziej), ale nigdy z Psem. Spał i pochrapywał słodko, wtuliwszy nosek w swój ogon. Może nawet bym się rozczuliła, gdyby nie to, że pół godziny wcześniej zafundowałam mu kąpiel, niestety bez suszenia. Cuch spał razem z Psem. No, może już nie był Cuchem a Cuszkiem, ale jednak był. Obudziłam obydwu i wygoniłam na posłanie. Pies umknął szybko, Cuszek dostojnie kroczył za nim, lekko się ociągając, co dało się wyczuć. Zmieniłam więc pościel. Kołdra na szczęście nie przemokła, koc wziął wilgoć na siebie. Wrzuciłam koc do pralki, umyłam podłogę, wywietrzyłam sypialnię.

     Usiadłam. Przyszła Zołza z pytaniem, co na obiad. Matko Boska! Na śmierć zapomniałam, że obiadu nie ma! Hmm… w zasadzie to ja nawet śniadania nie jadłam. Uszczęśliwiłam więc dziecko pizzą, zrobiłam sobie mocną kawę i napisałam ten tekścik – dla Was drogie Matki Polki, dla Was Ojcowie Polacy, dla wszystkich, którym czasem jest źle i którym wydaje się, że wszystko idzie nie tak. Kiedy będziecie mieć zły dzień, wspomnijcie sobie moje dzisiejsze perypetie, bo przecież nic tak nie podnosi człowieka na duchu, jak świadomość, że inni mają gorzej.




Anna

tags, , , ,

  • Forum
  • Bright Starts
  • Stacyjkowo
  • Twórcze zabawy